Znęcali się nad Łukaszem, o mało go nie zabili ZA ADIDASY! Potrzebna pomoc!

W jednej chwili masz zdrowego, pełnego energii syna, a w następnej Twoje dziecko walczy o życie. I to wszystko dlatego, że ktoś w brutalny sposób napadł na niego, by ukraść zaoszczędzone kilkadziesiąt złotych… Tym bandytom nie wystarczyło, że odebrali synowi małe marzenie, które właśnie chciał spełnić. Prawie go zabili! Od napadu minęło już wiele lat, a my nadal zmagamy się z tragicznymi skutkami skatowania. Proszę, pomóżcie mojemu dziecku choć częściowo odzyskać sprawność… https://www.siepomaga.pl/lukasz-dudek

Reklama

Fot siepomaga.pl

 

Reklama

Taka historia może zdarzyć się każdemu, ale nigdy nie sądziłam, że to spotka akurat mojego syna. Przecież to był taki radosny, pogodny i grzeczny chłopak… Dobrze się uczył, już od przedszkola uwielbiał taniec. To zapoczątkowało jego wielką, życiową pasję, którą był breakdance i taniec nowoczesny. Gdy wspominam tamte czasy, moja twarz staje się mokra od łez. Patrzę teraz na Łukasza, na jego prawie zupełnie bezwładne ciało i boli mnie, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Dzisiaj chciałabym, żeby mógł samodzielnie przejść choć kilka kroków. Nie zatańczy już raczej nigdy…

Łukasz jako nastolatek miał głowę pełną marzeń. Miał także mnóstwo planów na przyszłość. Nie byliśmy bogaci, więc kiedy synek wymarzył sobie nowe, piękne adidasy, musiał zaoszczędzić na nie sam. Jak coś postanowił, musiało się udać – i tak małymi kroczkami gromadził niezbędną sumę. Wiedział, że nasza sytuacja finansowa nie jest najlepsza, więc nigdy nie poprosił o pieniądze. Skrzętnie zbierał je samodzielnie, rezygnując z różnych rozrywek. Nie chodził do kina, do kafejek, nie włóczył się z kolegami z osiedla. W końcu, po wielu tygodniach oszczędzania, udało się. Był z siebie dumny – to miał być jego pierwszy duży, samodzielny zakup! Tak się cieszył z tych butów, że powiedział kolegom o tym, że zamierza je kupić. Okazało się to jego największym błędem w życiu…

Gdybym tylko wiedziała, że to się tak skończy, kupiłabym mu te wymarzone buty… Tak się cieszyłam, że mam rozważnego i odpowiedzialnego syna… Nie mogłam przecież przewidzieć, że zostanie napadnięty i pobity przez własnych kolegów ze szkoły. I to za co? Za głupie kilkadziesiąt złotych? Ktoś usłyszał, jak Łukasz cieszy się, że w końcu kupi wymarzone adidasy. Ten ktoś postanowił szybko wzbogacić się kosztem mojego syna. Zebrał kilka osób, by siłą odebrać pieniądze, które syn oszczędzał przez długi czas. Łukasz został dotkliwie pobity. Tak mocno, że niewiele brakowało, by umarł.

Co dzieje się z ludźmi, że za cenę głupich butów są w stanie zabić!? Nie mieści mi się to w głowie. Nie mogę wybaczyć im tego, że odebrali Łukaszowi nie tylko pieniądze, ale także zdrowie, sprawność i marzenia. W wyniku pobicia wystąpiło długotrwałe niedotlenienie mózgu. W jednej chwili szczęśliwy, pełen życia chłopak stał się mizerną, bezbronną istotą zdaną na pomoc innych. Świat ukarał go za pracowitość i radość życia. Nawet nie zdążył pochwalić się nam, swoim rodzicom, pierwszym poważnym zakupem, który miał być jego krokiem w dorosłość…

Niedługo po wypadku światło dzienne ujrzało wiele innych, przerażających faktów. Znalazłam karteczki – zwolnienia syna z zajęć z powodu złego stanu zdrowia. Ukrywał to przede mną, wstydził się. Dlaczego? Podejrzewam, że był dręczony w szkole, nawet bity. Potwiedził to nasz lekarz rodzinny, do którego Łukasz chodził z różnymi problemami: bólem głowy, brzucha… Czy to ci sami badnyci, którzy go dręczyli w szkole, ukradli mu pieniądze i pobili, omal nie pozbawiając życia? Nie mam na to odpowiedzi. Z tamtego tragicznego dnia pamiętam tylko dźwięk resporatora, nic więcej.

Lekarze nie dawali Łukaszowi szans na przeżycie. Był już ksiądz, podpisałam zgodę na pobranie organów do przeszczepu – wiem, że syn by tego chciał. Całe życie pomagał innym, różnił się od swoich rówieśników – miał jasno wyznaczone cele i wartości, którymi się kierował. Zdążył jeszcze zostać chrzestnym, taki był wtedy szczęśliwy…

Podczas tych kilku dni walki o życie Łukasza działałam jak w amoku. W pewnym momencie pielęgniarka powiedziała: „Jeśli jest Pani wierząca, proszę pojechać tu niedaleko, do kleryków. Niech pomodlą się za syna…”. Lekarz powiedział, że gdy wrócę, moje dziecko może już nie żyć. Musiałam zaryzykować, pojechałam. Gdy wróciłam, wpadłam na tego samego lekarza. Rozłożył ręcę, a ja… zemdlałam. Myślałam, że Łukasz odszedł, a mnie nie było przy nim. Jednak stał się cud! Odłączyli syna od respiratora, a on zaczął oddychać samodzielnie! Chociaż miał nie żyć, jest dzisiaj ze mną. Chociaż miał być „roslinką”, rozumie, co do niego mówię, jest tylko zamknięty w niesprawnym ciele…

Dzisiaj Łukasz ma 34 lata. Nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować. Karmię go, ubieram, myję i pielęgnuję każdego dnia, bo syn nie jest w stanie zrobić tego samodzielnie. Gdy kiedyś mnie zabraknie, nie wiem, co się z nim stanie. Boję się, że braknie mi sił, a Łukasz zostanie na tym świecie sam, zdany na łaskę obcych ludzi. Mój syn często nie może spać, bo cierpi. Ma kolki i bóle mięśniowe, poważnym zagrożeniem są także odleżyny. Staram się jak mogę, by przynieść mu ulgę w cierpieniu, jednak wszystko co robię, to wciąż za mało.

Łukaszowi najbardziej potrzebna jest specjalistyczna opieka rehabilitantów i terapeutów, by spróbować przywrócić mu sprawność w jak największym stopniu. Do tej pory udało się osiągnąć spore sukcesy –  zmniejszyło się napięcie mięśniowe w stawach kolanowych, zwiększyła się sprawność mięśni twarzy. Kilka lat temu udało nam się wziąć udział w turnusie, na którym syn zaczął samodzielnie ruszać nogami! Dzisiaj codziennie ćwiczy na rotorze, ma też specjalną pompę baklofenową, która rozluźnia napięcie mięśniowe. Specjaliści dają nam nadzieję, że stan Łukasza może się bardzo poprawić. Trzeba tylko dalej ciężko pracować, nawet codziennie. NFZ nie finansuje takiego wsparcia. Muszę radzić sobie sama, a jest naprawdę ciężko. Tata Łukasza odszedł od nas zaledwie rok po tamtej tragedii… Kiedyś byliśmy takim udanym małżeństwem, ale potem lekarz powiedział, że Łukasz na zawsze pozostanie niepełnosprawny. To wtedy dostałam papiery rozwodowe… Po latach samotnej walki o sprawność syna stanęłam pod ścianą i muszę prosić o pomoc dobrych ludzi, których obszedł los Łukasza. Staram się jak mogę, ale już nie daję rady. To wszystko jest takie drogie…

Jakiś czas temu powstała audycja w radiu, w której mówiłam o moim synku. Słuchaliśmy jej później razem z Łukaszem. W pewnym momencie z jego oczu pociekły łzy. Boję się, że może myśleć, że jest dla mnie ciężarem. Przecież to moje dziecko i za nic w świecie go nie opuszczę!

Mój syn, chociaż przeszedł już tak wiele, nie przestaje walczyć. Wie, że ma tylko jedno życie, które cudem ocalało z tamtego tragicznego dnia. Los nie jest sprawiedliwy, ale nie ma sensu zwalać na niego winy. Winę ponoszą tylko bandyci, którzy skatowali moje dziecko. Zabrali mu całą radość życia. Dzisiaj zastanawiam się, czy mają wyrzuty sumienia. Czy pamiętają w ogóle o chłopaku, któremu przed laty ukradli oszczędności i okrutnie pobili, zostawiając na śmierć? Może trafią na tę historię, przypomną sobie co zrobili i odczują wyrzuty sumienia… Proszę, pomóżcie mojemu synowi odzyskać szczęśliwe życie. Może kiedyś zdarzy się cud i Łukasz znów zatańczy?

Close Menu