Ratownik: „Ludzie uciekają z kwarantanny, przekazując dalej to, czego nie widać, a może być zabójcze”

„Rzadko zdarza mi się cokolwiek tu pisać, jednak wydarzenia ostatnich dni sprawiają, że nawet ja postanowiłem dodać coś od siebie.” – pisze ratownik medyczny pracujący na pierwszej linii walki z koronawirusem.

Reklama


„Wszędzie, we wszystkich mediach, tematem numer jeden jest koronawirus. Wszędzie słyszymy, jacy to jesteśmy odpowiedzialni, że rząd troszczy się o obywateli, a „Polska jest przygotowana do epidemii 8/10 i może być wzorem dla reszty Europy”. Jak jest naprawdę?
Praca ratownika weryfikuje wiele. Widzimy, stykamy się i uczestniczymy na co dzień w tym, co większość ludzi zna tylko z opowieści. W czymś, co dla wielu może być przekolorowane na potrzeby „uatrakcyjnienia” tego, co czasem mówimy, jeśli już ktoś ma ochotę nas słuchać. A gdy już słucha, to często nie wierzy, gdy mówimy, że większość naszej pracy to ratowanie efektów ludzkiej nieodpowiedzialności. Niestety, ale to właśnie jest prawda. Często zadziwiająca, a obecnie można by powiedzieć, że niewygodna.
Prawda jest taka, że ludzie SĄ nieodpowiedzialni. Przykłady można mnożyć w nieskończoność, po latach pracy każdy z nas mógłby przytoczyć ich całe mnóstwo, ale to, z czym spotykamy się ostatnio…? Trudno to nawet opisać słowami.
Epidemia. A dokładnie stan epidemiologiczny. W mediach słyszymy, że 99,5% społeczeństwa zachowuje się tak, jak powinno, przestrzega zasad itp. Tymczasem jadąc karetką przez miasto widzimy tłumy ludzi na przystankach, ściśniętych jak sardynki w puszce. Całe mnóstwo ludzi na rodzinnych spacerach. Pikniki, nasiadówki. Place zabaw zapełnione matkami z dziećmi. Jadąc na wizytę okazuje się, że w mieszkaniu jest 10 osób, bo znajomi postanowili wpaść w odwiedziny. A wieczorami zbieramy ludzi, którzy uznali, że to akurat świetna okazja, żeby sobie wypić i zasnąć na ulicy, albo dać kompanowi po pysku.
Ludzie uciekają z kwarantanny, przekazując dalej to, czego nie widać, a może być zabójcze. Ludzie kłamią. Że nigdzie nie byli, że nie mieli styczności, że nie mają takich czy innych objawów. Narażając zdrowie nie tylko swoich najbliższych, ale i nas. Tych, którzy mają nieść pomoc. Wszyscy mówią o szacunku dla nas. Czytamy, z jakim podziwem patrzą na nas niektórzy. A my nie liczymy już, ile razy ktoś podczas wizyty nas obraził, zwyzywał, groził. Głośna jest ostatnio historia ratownika, który oberwał nożem od pacjenta z podejrzeniem zarażenia.
Doszło do tego, że przez ludzką nieodpowiedzialność za chwilę nie będzie gdzie wozić pacjentów, bo szpitale są czasowo zamykane z powodu kwarantanny. Za chwilę nie będzie też nas. Codziennie dochodzą do nas wiadomości o kolejnych zespołach, które są „uziemione”, bo czekają na wyniki pacjenta w strachu, czy ktoś im czegoś nie „sprzedał”. Czekają po półtorej, dwie doby, nierzadko zamknięci na ten czas w karetce, bo tyle czeka się na wynik. Bo wcale nie ma 30 laboratoriów i wcale nie bada się 4 tysięcy testów dziennie. Dla reszty oznacza to więcej pracy, bo ktoś te zespoły musi zastąpić, a dla pacjentów może oznaczać to, że pomoc przybędzie za późno, bo karetka będzie jechać z drugiego powiatu. Staramy się, ale nie jesteśmy w stanie być wszędzie, a ludzie świetnie przykładają się do tego, że jest nas coraz mniej.
Jadąc na dyżur nie zastanawiamy się już, CZY nas też czeka kwarantanna, ale raczej KIEDY. Każdy z nas wychodzi z domu przygotowany i zaopatrzony na dwa tygodnie, bo mamy świadomość, że możemy z tego dyżuru nie wrócić. Słyszymy, że jest super. Otóż wcale nie jest. Internet kipi od apeli szpitali, że brakuje wszystkiego. Sami wiemy, jak trudne jest zdobycie tego, co niezbędne nam w pracy, czyli środków ochrony osobistej. Maseczki, stroje ochronne, płyn do dezynfekcji. Póki co, są. Jak będzie dalej? Nie wiadomo. A niektórzy dalej spacerują, grillują i widząc nas w karetce ubranych w kombinezony, maski i gogle reagują śmiechem. Zadziwiające. I przerażające.
Jesteśmy. Pracujemy. Uśmiechamy się, czasami żartem przykrywając strach. O siebie, o najbliższych. Z niedowierzaniem patrzymy na to, co „sprzedają” nam nasi rządzący.
Jest źle, a z takim podejściem ludzi i władzy będzie tylko gorzej. Za chwilę będziemy mieć drugie Włochy. I to nie jest zrzędzenie, ani straszenie. Ale jeśli coś się nie zmieni, nas też w końcu zabraknie.
Uff, wygadałem się.
Pozdrawiamy z „pierwszej linii”.

Reklama

Close Menu