Rak zabrał mi córkę, teraz chce zabić mnie. Agata z Józefowa pod Warszawą potrzebuje naszej pomocy

Szpital. Jakie uczucia wzbudza w Tobie to miejsce? Strach? Panikę? Dla mnie szpital przez 30 lat był drugim domem. Takim dobrym, ciepłym domem. Jestem pielęgniarką, pielęgniarką z powołania. Do szpitala przychodziłam, bo chciałam, bo kochałam moją pracę. Tak było kiedyś. Dzisiaj każda wizyta w szpitalu to strach. Lęk, że rak w końcu mnie pokona. LINK do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/agata-hac

Reklama

Fot. siepomaga.pl

To takie dziwne znaleźć się po drugiej stronie. Być tą, która wymaga pomocy, a nie tą, która pomaga. Wybór zawodu był dla mnie sprawą oczywistą. Nie miałam, tak częstych dla młodych ludzi, związanych z tym dylematów. Wiedziałam kim chcę zostać w dorosłym życiu i dopięłam swego. Zostałam pielęgniarką — instrumentariuszką.

Reklama

To ciężka praca. Ciężka fizycznie, bo cały czas stoi się na nogach, ale i psychicznie, bo codziennie trzeba było mierzyć się z cierpieniem pacjentów, czasami ze śmiercią… Nigdy nie narzekałam. Satysfakcja po udanym zabiegu była dla mnie więcej warta niż wszystkie pieniądze świata. To praca wymagająca skupienia, umiejętności podejmowania szybkich decyzji, ale przede wszystkim odporności psychicznej. Myślę, że gdyby nie ta zahartowana dzięki pracy psychika, to już dawno bym się poddała…

Bo życie doświadczyło mnie okrutnie już kilka razy. Pierwszy cios padł siedem lat temu. Miałam troje dzieci, dwóch synów i Kasię. Najmłodszą, nasze oczko w głowie. Miała zaledwie 14 lat, gdy zdiagnozowano u niej białaczkę. Była jeszcze dzieckiem… To brzmiało jak wyrok, ale wierzyliśmy, że z tego wyjdzie. Że młody organizm poradzi sobie z nowotworem. Po miesiącu od diagnozy, prawdopodobnie w szpitalnej łazience, dostała zakażenia pałeczkami ropy błękitnej. Nie powinno do tego dojść, nie w takim miejscu… Jej osłabiony walką z białaczką organizm nie miał siły na to, by pokonać infekcję… Obraz twarzy moich synów, dowiadujących się o śmierci siostry, wraca do mnie czasami w najgorszych snach. Byłam zdruzgotana, wszyscy byliśmy. Przecież rodzice nie powinni grzebać swoich dzieci.

Razem z Kasią okrutny los zabrał mi siłę, której nigdy wcześniej mi nie brakowało. Do tamtej pory wydawało mi się, że jestem skałą, po śmierci córki okazało się, że nawet jeśli nią byłam, to bardzo kruchą. Być może moja rozpacz tak bardzo wpłynęła na mój organizm, że łatwiej, niż byłoby to w innych okolicznościach, poddał się chorobie…

3 lata po tym, jak nowotwór zabrał mi moją ukochaną córeczkę, wyczułam na swojej piersi guzek. Wiedziałam czym to może grozić, ale starałam się odepchnąć od siebie wizję choroby. Wyniki biopsji potwierdziły jednak najgorsze obawy. Nowotwór złośliwy, hormonozależny HER2+++. Pomyślałam tylko, że trzy lata po tym, jak moi synowie pochowali swoją siostrę, pochowają matkę.

Nie mogłam na to pozwolić. Musiałam być silna dla nich i dla męża. Nie wolno było mi się poddać. Zatem najpierw wycięcie guza, a potem chemioterapia, radioterapia oraz herceptyna. Wydawało się, że jest lepiej. Czułam się dobrze, wyglądało się na to, że choroba została zażegnana. Wróciłam do szpitala, ale już nie w charakterze pacjentki, ale do pracy, jako pielęgniarka.

To właśnie w pracy, kolega lekarz zwrócił uwagę na to, że mimowolnie opada mi kącik gust. Polecił to sprawdzić. Drobiazg, pomyślałam, nic takiego… chociaż chyba sama w to nie wierzyłam. Okazało się, że to przerzut nowotworowy. Miałam raka mózgu. Kolejny raz z pielęgniarki zamieniałam się w pacjentkę.

Ponownie stół operacyjny, a potem leczenie. Pierwsza faza oparta była na naświetlaniach, ale wciąż pojawiały się nowe ogniska choroby. Musiałam poddać się chemioterapii, później czterokrotne naświetlanie Gamma Knife. Bez rezultatów. Przeklęty rak był bardziej przebiegły niż medycyna. Gdy wydawało się, że już go nie ma, on wracał ze zdwojoną siłą. Okazało się, że moje leczenie w ramach dostępnych, refundowanych środków jest bezskuteczne.

Nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy prowadząca mnie pani doktor oznajmiła, że nie może mi już pomóc. Gdy zawiesiła głos i powiedziała, że jedyną szansą jest dla mnie leczenie nowoczesną chemioterapią – Kadcylą. Lekiem, który nie jest w Polsce refundowany. Lekiem, na który mnie nie stać.

Wypisano mnie do domu. Wróciłam i nie wiedziałam co dalej… Wisiał nade mną przecież wyrok śmierci. Po konsultacji z lekarzami postanowiłam wrócić do pracy. Nie mam wystarczająco sił na to, by asystować na bloku operacyjnym, ale przydaje się przy różnych lżejszych zadaniach. Praca pozwala poczuć się potrzebną i zapomnieć. Zapomnieć o tym, że umieram.

To dziwne, żyć ze świadomością, że nasze życie jednak ma cenę. Że wystarczy zapłacić, żeby przeżyć. To dziwne prosić o pomoc, kiedy przez całe życie samemu się udzielało, ale nie mam wyjścia. Nie jestem w stanie kupić swojego życia. Bez Twojej pomocy, pozostaje mi tylko czekać na śmierć.

Close Menu