Nowotwór złośliwy o nieznanym punkcie wyjścia z przerzutami raka płaskonabłonkowego do węzłów chłonnych, szyi, żołądka i kości

Kiedy patrzę w lustro, widzę obcego człowieka. Spogląda na mnie wychudzony, łysy facet. Te same co zawsze, czarne ciuchy są teraz za duże, a cera zniszczona. Starzec. Tylko gdzieś głęboko w oczach widać resztkę dawnego mnie, tę cząstkę, której nie zdążył zabić rak. Tę cząstkę, która tak bardzo chce żyć… LINK do zbiórki https://www.siepomaga.pl/arturszuba

Reklama

siepomaga.pl

 

Zawsze wszędzie było mnie pełno. Własny zespół, wydana książka, dziesiątki zorganizowanych wydarzeń. W ciągłym biegu, ale szczęśliwy, bo zawsze miałem przy sobie tych, którzy są dla mnie najważniejsi — ukochaną dziewczynę, dzieci i przyjaciół — tych wszystkich dobrych ludzi napotkanych gdzieś po drodze. Tych, z którymi grałem, pracowałem, albo poznałem na koncertach ukochanej Republiki.

Reklama

Zdrowie zaczęło mi się sypać jakieś dwa lata temu. To była czyjaś impreza urodzinowa. Mnóstwo ludzi, muzyka, tylko ze mną coś nie tak. Zamiast dobrej zabawy niepokój, bo na obolałej szyi węzły chłonne urosły do rozmiarów piłki. Zupełnie nagle, nie wiadomo dlaczego. Dzień później poszedłem do lekarza, który nie widział powodów do niepokoju, a ja cierpliwie czekałem, aż węzły chłonne ponownie się zmniejszą i nie drążyłem tematu. W zasadzie było mi to na rękę, bo który facet lubi chodzić po lekarzach? Łatwiej było uwierzyć w to, że nic mi nie jest i że samo przejdzie.

Przejść jednak nie chciało. Chodziłem jak gdyby nic z napuchniętą szyją, aż w końcu do laryngologa wygoniła mnie matka, kiedy byłem w moim rodzinnym Choszcznie. Zabawne, tak jakbym znów był dzieckiem… Lekarz od razu odesłał mnie na biopsję. Diagnoza, którą usłyszałem, była najgorszą z możliwych, z gatunku tych, których boją się nawet najtwardsi. Od środka zjadał mnie rak. Węzły chłonne to był już jeden z kilku przerzutów. Nowotwór zaatakował także moją wątrobę, żołądek i kości. Najgorsze było to, że nikt z lekarzy nie wiedział, gdzie choroba tak naprawdę się zaczęła, co było punktem wyjścia dla próbującego mnie zabić nowotworu. Bałem się, cholernie się bałem. Nie pierwszy raz w życiu, ale po raz pierwszy tak całkowicie. Bałem się bólu, bałem się tego, co dalej z zespołem i rozgrzebaną płytą, bałem się o pieniądze, a nade wszystko bałem się o dzieci.O to jak długo będę mógł się jeszcze nimi cieszyć i jak one poradzą sobie beze mnie. Walka z nowotworem to nie tylko mierzenie się z jego fizycznymi objawami. To także, a może przede wszystkim, walka z własnymi lękami.

Pierwszej chemii nie zapomnę nigdy, bo takiego bólu wymazać z głowy się nie da.Myślałem, że umrę, że eksploduję. Czułem, jak rozprowadzane po organizmie razem z krwią chemikalia, zabijają każdą tkankę. Czułem się tak słaby, jak jeszcze nigdy w życiu. Miałem tylko nadzieję, że rak jest jeszcze słabszy…

Szybko okazało się, że chemioterapia to zbyt mało, że stosując wyłącznie ją, nie będę w stanie pokonać choroby. Potrzebowałem wspomagającego leczenia przeciwciałami hamującymi rozwój raka. Cudowny lek, który zaproponowali mi lekarze nazywał się Cetuximab i refundowany był tylko dla tych, którzy chorowali na raka jelita grubego. Ja, człowiek walczący z kilkoma przerzutami, ze wszystkich raków świata, tego jednego akurat nie miałem, zatem zgodnie z logiką biurokratycznej machiny, nie przysługiwała mi refundacja. Jeżeli chciałem żyć, musiałem zapłacić za leczenie z własnych pieniędzy. 

Myślałem, że to koniec. Leczenie było zupełnie poza moim zasięgiem. To wtedy, kiedy załamany czekałam już chyba tylko na śmierć. Kiedy zacząłem się godzić z tym, że to koniec, że nie dociągnę nawet pięćdziesiątki, przekonałem się o tym, jak wielu mam przyjaciół, dla jak wielu ludzi jestem ważny. Wiadomość o tym, że jestem chory, puściła w eter moja dziewczyna, a to, co stało się potem to było coś niesamowitego. Istna lawina pomocy, której nie zapomnę do końca życia. Aukcje, koncerty – przyjaciele robili wszystko, żeby tylko zebrać pieniądze na moje leczenie. Nawet klasa mojego 11 letniego syna zorganizowała charytatywny kiermasz, z którego dochód został przeznaczony na moje leczenie. Siedziałem w domu i śledziłem to wszystko, co się dzieje w internecie, nie mogąc uwierzyć w ogrom dobra, jaki mnie spotykał. Ja, dorosły facet, płakałem jak dziecko, ale tym razem nie z bólu, choć ten wciąż doskwierał. Płakałem ze wzruszenia…

W tym wszystkim chodziło nie tylko o pieniądze. Potrzebowałem ich, ale jeszcze bardziej potrzebowałem wiary w to, że jest po co walczyć, że dam radę, że jest dla kogo. Okazało się, że choć ciężko chorym, to jednak jestem szczęśliwcem, bo stoi za mną nie tylko rodziną, ale cała armia przyjaciół, muzyków, fanów Republiki — zespołu, który sam ukochałem i którego inni miłośnicy organizowali teraz dla mnie koncerty. Wiedziałem, że nie mogę umrzeć, że po prostu nie mogę tego zrobić tym wszystkim ludziom, że nie wolno mi ich zawieść.

Dzięki pomocy przyjaciół mogłem rozpocząć leczenie ostatniej szansy. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Okazało się, że lek działa dokładnie tak, jak przewidziano w laboratoriach. Co prawda wyglądałem coraz gorzej, bo skutkiem ubocznym są doprawdy dziwne reakcje skórne, ale kto by się tym przejmował, kiedy wszystkie wyniki wskazywały na to, że rak jest w odwrocie. Leczenie działo, ale szybko pochłonęło wszystkie zebrane pieniądze. Kiedy już wydawało się, że jestem na dobrej drodze, stanąłem przed widmem przerwania leczenia – tej jedynej drogi na to, by pozostać wśród żywych.

O miejscu, w którym dzieją się cuda, dowiedziałem się od kolegi. Kiedyś pewnie nie przyszłoby mi do głowy, że będę prosił o pieniądze obcych ludzi, ale nie mam wyboru. Wiem, że lek działa, że istnieje ratunek i mogę kupić sobie życie. Bez Waszego wsparcia nie dam jednak rady. Mam do zrobienia jeszcze tyle rzeczy, muszę wychować dzieci, nie mogę teraz odejść, po prost nie mogę…

Close Menu