Tylko tydzień, by ocalić życie naszej Mamy. Pomóż nam pokonać śmierć…

W piątek dowiedzieliśmy się, że nasza mama umiera. Rak wątroby, nieoperacyjny guz. Po chwili załamania przyszła nadzieja – nasza mamusia ma szansę przeżyć! Musimy tylko zdążyć… Operacja metodą Nanoknife – to nasza ostatnia nadzieja. Ale mamy niecały tydzień, by zebrać ogromną kwotę na ocalenie najważniejszej dla nas osoby. Niestety, ten zabieg, choć ratuje życie, nie jest refundowany. Z całego serca proszę – pomóżcie uratować naszą mamusię… LINK do zbiórki: https://www.siepomaga.pl/zycie-grazyny.

Reklama

Zeszły piątek, 23 lutego 2018 roku. Siedzimy na korytarzu największego w Polsce szpitala klinicznego. Widzimy wielkie, białe drzwi otwierające się automatycznie raz za razem. Nad nimi wielki napis: „BLOK OPERACYJNY. WSTĘP WZBRONIONY”. Za tymi drzwiami jest nasza mama. Guz wątroby – tyle wiemy. Ale wierzymy, że musi być dobrze. Przecież nie może nic złego stać się naszej mamie! Czekamy modląc się i zaklinając rzeczywistość. Bo tego, co usłyszymy za chwilę nikt się nie spodziewał usłyszeć…

Reklama

Drzwi otwierają się kolejny raz. Podchodzi do nas profesor, który operował mamę. Jego mina nas przeraża, wiemy już, że jest źle… I w tym momencie słyszymy coś, co rozrywa nasz świat na strzępy…

“Guza nie można było usunąć, bo jest nieresekcyjny. To rak, prawdopodobnie złośliwy…” Burza myśli, tysiące pytań. Jak to nieresekcyjny? Co to znaczy? Czy to wyrok, koniec? I wtedy usłyszeliśmy, że mama ma szansę, że może żyć! Metoda Nanoknife to jedyna nadzieja dla osób takich jak moja mama. Za jej pomocą wycina się nieoperacyjne guzy, ratuje życie! Niestetym, nie jest refundowana przez NFZ…

Od razu skierowano nas do lekarza, który wykonuje te zabiegi w Warszawie. Tchnął w nas nadzieję, bo guz w wątrobie naszej mamy kwalifikuje się do zabiegu tą metodą. Ale…. za operację musimy zapłacić sami, a zabieg powinien odbyć się już 6-7 marca!

Nasza mama… Szła przez życie jak burza. Zawsze pełna energii, ciepła, otwarta na ludzi, zarażała optymizmem. Gdy rok temu zmarł jej mąż, nasz tata, to ona postawiła nas do pionu… Tata chorował długo i ciężko, tak jak nasz brat… Ale mimo tych traumatycznych doświadczeń, zawsze potrafiła się uśmiechać, dać nam nadzieję na lepsze jutro.

Dzieci z domów dziecka, które zapraszała do naszego domu chcąc podzielić się z nimi choć odrobiną rodzinnego ciepła, czekały na nią jak na Świętego Mikołaja – każde przytuliła, każde pocieszyła, każdemu dała odrobinę tak potrzebnego zainteresowania. Tak samo było w szpitalu pediatrycznym na Kopernika w Warszawie, gdzie mama pracowała jako opiekun medyczny. Ocierała łzy, rozśmieszała, dawał siłę ich rodzicom, gdy pełni strachu czekali na diagnozę lub wynik operacji. Jako kurator społeczny pomogła niejednej rodzinie wyjść z trudnej sytuacji po to, by mogli być razem. Czasem było trudno. Może nawet płakała – nie wiem, ale gdy stawała naprzeciwko drugiego człowieka rozjaśniała to spotkanie ciepłem i uśmiechem. Gdy pracowała w ośrodku rehabilitacyjno-opiekuńczym – miejscu tak trudnym dla przeciętnego człowieka, gdzie ludzie starsi trafiali w stanach po wylewach, zawałach czy ciężkich wypadkach, każdemu ze swoich podopiecznych dawała całe serce. A przede wszystkim dobro.

Mimo tej intensywnej pracy dla innych nigdy nie zapomniała o nas – o mnie, o mojej siostrze Magdzie i bracie Dominiku. Jej największym szczęściem są wnuki – Franek i Mia, na którą czeka, by za kilka miesięcy powitać ją na świecie. Od zawsze i w każdej chwili mama była na wyciągnięcie ręki. Gdy coś się działo, zawsze do niej biegliśmy po pomoc i wsparcie. Bo to było takie naturalne. I nagle, niemalże z dnia na dzień okazało się, że może jej zabraknąć…

Może prosimy o wiele, może nie powinniśmy, ale sami nie zdobędziemy tak ogromnej sumy w zaledwie tydzień… Żyjemy teraz w koszmarze, z którego pragniemy się obudzić i wierzymy, że tak się stanie. Jeśli tylko pomożecie… Nie wyobrażamy sobie życia bez mamy, przecież jest za młoda, żeby odchodzić… Mamy zaledwie kilka dni. Prosimy, pomóżcie wygrać walkę z czasem i z rakiem…

Close Menu