Nicola toczy walkę ze śmiertelnym wrogiem – guzem mózgu. Pomóżcie mi ją uratować!

Moje życie runęło dwa razy – pier­wszy raz, gdy usłysza­łam diag­nozę: pamię­tam, że krzy­cza­łam tak głośno, że zamarł cały szpi­tal… dru­gi raz kil­ka dni temu, gdy usłysza­łam, że w Polsce nie ma już dla niej żad­nych szans na skuteczne lecze­nie… LINK do zbiór­ki: https://www.siepomaga.pl/zycie-nicoli

Reklama

Fot. siepomaga.pl

 

Ostat­ni rok był najwięk­szym kosz­marem, jaki rodz­ic może przeżyć, ale nauczył mnie jed­nego – wal­ki. Wal­ki o mój Najwięk­szy Skarb – Moje Dziecko. Lekarze od samego początku nie karmili mnie złud­ną nadzieją, nie znieczu­lali rzeczy­wis­toś­ci. Powiedzieli od razu, że guz jest nieop­er­a­cyjny, a chemia da Nicoli może 5% szans na przeży­cie: „Proszę pani, praw­da jest taka, że pani dziecko poży­je jeszcze 6 miesię­cy”. Pod­jęliśmy walkę. I tak moja Mała Wojown­icz­ka zami­ast 6 miesię­cy przeżyła kole­jnych 12 miesię­cy!

Reklama

Nico­la urodz­iła się w kwiet­niu 2014 roku – całkowicie zdrowa. Tysiące razy całowałam jej główkę, zupełnie nieświado­ma tego, że rośnie w niej guz. Do 3 urodzin Nico­la była rados­nym dzieck­iem, taką iskierką, której wszędzie jest pełno, którą wszys­tko ciekawi. I nagle, z dnia na dzień pos­mut­ni­ała, przes­tały ją cieszyć ulu­bione zabawy. Poczułam niepokój w ser­cu, który prze­rodz­ił się w stra­ch, gdy córeczkę zaczęła coraz częś­ciej boleć głowa, a ból był nie do zniesienia – doprowadzał ją do strasznego płaczu, a nawet wymiotów. Co chwilę pojaw­iały się kole­jne złe objawy. Chodzil­iśmy od jed­nego lekarza do drugiego, a ci przepisy­wali nam leki na wirusy, zle­cali kole­jne bada­nia, które zami­ast alar­mować, uspoka­jały i byliśmy odsyłani do domu. Stra­cil­iśmy tyle cza­su przez niewałaś­ci­we diag­nozy, a guz rósł.

Do szpi­ta­la trafil­iśmy niespodziewanie 13 lutego 2017 roku – Nico­la zakrz­tusiła się jedze­niem. Rezo­nans pokazał w jej głów­ce guza wielkoś­ci 5 cm przy głównej tęt­ni­cy. Guz pnia mózgu z cecha­mi gle­ja­ka. Zagraża życiu, ale ze wzglę­du na fatalne umiejs­cowie­nie nie kwal­i­fiku­je się do oper­acji. Nigdy w życiu nie bałam się tak bard­zo. Od tamtej chwili nie opuszcza mnie ten stra­ch, a serce wypeł­nia niewyobrażal­na roz­pacz – budzę się po kilka­naś­cie razy w nocy, by sprawdz­ić, czy moja najukochańsza córecz­ka odd­y­cha, czy żyje.

Wszys­tko w jed­nej chwili przes­tało miec znacze­nie. Stan Nicoli pog­a­rszał się, a ja nie mogłam nic zro­bić, żeby prz­er­wać jej cier­pi­e­nie. Przes­tała mówić, przes­tała jeść, przes­tała chodz­ić, nie umi­ała juz nawet samodziel­nie siedzieć, a jej główka latała na wszys­tkie strony. Krzy­cza­ła, rzu­cała się po całym łóżeczku z bólu, robiąc sobie ogromne sini­a­ki na rączkach i nóżkach. Nie mogłam tego słuchać, nie mogłam na to patrzeć. Nawet gdy Nico­la w końcu zas­nęła, cały czas słysza­łam jej krzyk, pod powieka­mi miałam te okrop­ne obrazy. I cią­gle zadawałam sobie pytanie: czym moja mała córecz­ka zasłużyła sobie na takie cier­pi­e­nie?

Trafil­iśmy na onkologię, nie byłam na to gotowa, przeżyłam kole­jną traumę. Gdy zobaczyłam te wszys­tkie smutne dzieci bez włosków na główkach, miałam wraże­nie, że w ich oczach widzę tylko śmierć… Właśnie wtedy dotarło do mnie, że to wszys­tko dzieje się naprawdę. Niedłu­go potem Nico­la dostała pier­wszy cykl chemioter­apii, w jej żyłach leci­ał lek i jed­nocześnie tru­ciz­na, która oprócz raka zabi­jała przy okazji cały jej orga­nizm. Nico­la dostała 10 cyk­li chemii, która przez wiele godzin leci­ała maleńki­mi kro­pelka­mi, przepeł­ni­a­jąc nasze oczy łza­mi, a serce nadzieją, że to wszys­tko ma sens, że to całe cier­pi­e­nie to nic w porów­na­niu z tym, o co toczy się wal­ka – o życie. Że te dni, miesiące, lata – które wygramy dzię­ki lecze­niu — poz­wolą zapom­nieć o szpi­talu.

Po radioter­apii przyszły w końcu pier­wsze sukcesy. Guz był sta­bil­ny, więc w grud­niu 2017 roku, po 10 kosz­marnych miesią­cach, Nico­la przeszła na chemię podtrzy­mu­jącą. Wierzyliśmy, że wyzdrowieje, naprawdę w to wierzyliśmy. I wtedy 14 sty­cz­nia 2018 roku rezo­nans pokazał pro­gresję guza. Guz rośnie, co oznacza, że zas­tosowane lecze­nie nie było w stanie go obezwład­nić, żeby spoko­jnie siedzi­ał w głów­ce Nicoli, ale nie zabi­jał. Nasza Pani Dok­tor kaza­ła nam szukać pomo­cy za granicą, ponieważ jedyne, co oni mogą nam zapro­ponować, to chemię, która nie wiado­mo, na jak dłu­go i czy w ogóle zadzi­ała lub ponowne naświ­et­lanie, które wiąże się z groźny­mi skutka­mi uboczny­mi — nawet martwicą pnia mózgu, co może skończyć się śmier­cią!

Jedynym i ostat­nim kierunk­iem po życie dla Nicoli jest klini­ka Insti­tu­to de Oncología Inter­ven­cionista w Mon­ter­rey w Meksyku, która ma świetne wyni­ki w lecze­niu tego typu guzów – zgodzili się leczyć Nicolę! Ale cena za lecze­nie jest niewyobrażal­nie wyso­ka – pon­ad 400 tysię­cy zło­tych – to cena za życie mojego dziec­ka.  Gdy tylko zbierze­my te pieniądze, Nico­la będzie mogła wyjechać na lecze­nie. Do tej pory zdrowie Nikoli było w rękach lekarzy — od ter­az jest też w Waszych rękach – proszę, nie pozwól­cie temu maleńkiemu życiu zgas­nąć. Ja sama mogę niewiele, ale wiem, że takie cuda się zdarza­ją, że uzbieranie tej kwoty – cho­ci­aż będzie trudne, to jest możli­we. Tylko potrze­bu­ję Was, potrze­bu­ję ludzi, którzy czy­ta­jąc naszą tragedię, którzy czu­jąc nasz ból, będą z nami i pomogą mi ura­tować życie Nicoli.

Ja też jeszcze niedawno byłam po drugiej stron­ie. Słysza­łam o ciężko chorych dzieci­ach, współczułam, wysłałam SMS-y… ale wydawało się że to nas się doty­czy bo prze­cież jesteśmy wszyscy zdrowi. Strasznie się myliłam – ter­az sama jestem jed­ną z tych matek, które wal­czą o każdy dzień życia swo­jego dziec­ka. To może spotkać każdego z nas, w najm­niej oczeki­wanym momen­cie. I wtedy skołatane serce rodz­i­ca chce tylko jed­nego – żeby jego dziecko żyło i pojedzie na koniec świa­ta, żeby je leczyć. Pomóż­cie mi, proszę Was…

.…..

Edy­c­ja kwoty: 12.02.2018

Otrzy­mal­iśmy aktu­al­iza­cję kosz­to­ry­su, który zaw­iera także niezbędne bada­nia dodatkowe, bieżące mon­i­torowanie wyników krwi oraz pozostałe kosz­ty medy­czne, które będzie musi­ała ponieść mama Nicoli. Musimy pow­ięk­szyć więc kwotę zbiór­ki, cały czas wierząc, że mimo wszys­tko się uda. Ten cud — szan­sę na życie dziec­ka — może­my spraw­ić tylko razem!

Close Menu
Close Panel