Mam coraz mniej czasu, by zatrzymać jej cierpienie! Proszę, pomóż mi zdążyć…

Kiedy miałam jed­no chore dziecko, codzi­en­nie budz­iłam z par­al­iżu­ją­cym mnie stra­chem o jego życie. Dzisi­aj okazu­je się, że dwie moje córecz­ki urodz­iły się ze śmiertel­ną chorobą! Mam wraże­nie, że los z nas zakpił. Kiedy musi­ałam ratować Mar­tynkę, bałam się, że nie zdążę. Dziś his­to­ria się pow­tarza, a ja znów umier­am ze stra­chu, bo oper­ację Olgi zaplanowano już na koniec sierp­nia. Pieniądze muszę prze­lać do klini­ki kil­ka dni wcześniej. Nie śpię po nocach, bo choro­ba postępu­je, a sama nie dam rady w tak krótkim cza­sie zapłacić ceny za oper­ację. Mam bard­zo mało cza­su! Błagam o ratunek! LINK do zbiór­ki: https://www.siepomaga.pl/olganyc

Fot. siepomaga.pl

 

W lipcu tego roku oper­ację przeszła moja starsza córecz­ka. Myślałam, że na tym nasz kosz­mar się skończy. Chwilę po powro­cie z Insty­tu­tu w Barcelonie otrzy­małam wynik rezo­nan­su Olgi – mojej młod­szej córecz­ki. Zespół Arnol­da — Chiariego i jamis­tość rdzenia – śmiertel­na i pod­stęp­na choro­ba, która najpierw prowadzi do kalect­wa, a później do śmier­ci. Choro­ba, która ataku­je moje drugie dziecko.

Odkąd widzę, że z Olgą dzieje się to samo, co z kiedyś z Mar­tynką, wiem, że muszę dzi­ałać szy­bko. “Mamu­siu, boli mnie głowa” – po tych słowach zamarłam. Pamię­tam, że od tych samych słów rozpoczął się kosz­mar najs­tarszej córecz­ki. Kil­ka tygod­ni później nie miała siły wstać z łóż­ka. Siedzi­ała tylko ze zdrętwiały­mi ręka­mi i noga­mi i patrzyła w martwy punkt. Par­al­iż potrafił trwać kil­ka dni. Moje 2-let­nie dziecko żyło w ciele schorowanej i zmęc­zonej starusz­ki. To samo czeka Olgę, jeśli jak najszy­b­ciej nie dojdzie do oper­acji!

Na początku łudz­iłam się jeszcze, że może Olga wymyśla ból głowy, żeby zwró­cić na siebie uwagę. Ostat­nio całe nasze życie krę­ciło się prze­cież wokół oper­acji Mar­tyny. Przes­tałam się łudz­ić, kiedy Olga wstała rano z łóż­ka, zdążyła powiedzieć, że bard­zo bolą ją nóż­ki i upadła na podłogę pod ciężarem włas­nego ciała jak szma­ciana lal­ka. Coraz częś­ciej zdarza się, że Olu­nia chwyta się za głowę, a jej twarz wykrzy­wiał gry­mas bólu. Takie same ata­ki miała Mar­tyn­ka dwa lata temu…

Wiz­y­ta u lekarza, rezo­nans i błyskaw­iczny wynik – wszys­tko robil­iśmy szy­bko, bo prze­cież choro­ba nie czeka. Powoli zmienia życie dziec­ka w pas­mo bólu i cier­pi­enia, na którego widok serce mat­ki roz­pa­da się na pół. Wiem o tym doskonale, już raz to przeżyłam. Pamię­tam, jak z Mar­tyn­ki ulaty­wało życie, jak w ciągu kilku miesię­cy ciało całkowicie zaczęło odmaw­iać jej posłuszeńst­wa, jak drętwiały rącz­ki i nóż­ki. Ter­az każdy dzień przy­bliża moje drugie dziecko do tego samego – do bólu, którego nie da się znieść i do par­al­iżów, które nie odpuszcza­ją najpierw przez kil­ka dni, później przez tygod­nie, miesiące, lata…

Kiedy jed­na córecz­ka uwol­niła się od śmiertel­nego wyroku, zapadł wyrok na drugą. 11 lip­ca wró­ciłyśmy z Mar­tynką do domu. Rana na jej ple­cach nie zdążyła się jeszcze zagoić, kiedy otrzy­małam wynik Olgi. Zespół Arnolda–Chiariego – migdał­ki móżdżku obniżone aż o 12 mm! Co to oznacza? Ucisk, który powodu­je zaburzenia przepły­wu płynu móz­gowo-rdzeniowego. Obec­ność migdałków móżdżku powodu­je ucisk rdzenia krę­gowego, upośledza­jąc układ ner­wowy. Im migdał­ki są niżej, tym więk­sze jest ryzyko kalect­wa. Jeśli będziemy czekać, moja córecz­ka najpierw może przes­tać chodz­ić, a dal­szej fazie choro­ba może doprowadz­ić do śmier­ci. Boję się tak samo, jak za pier­wszym razem. Boję się, ponieważ lecze­nie naszej choro­by nie jest refun­dowane w Polsce. Boję się, że nie zdążę zebrać pieniędzy, by ją zatrzy­mać. Boję się, ponieważ niedawno na świat przyszedł Darek – nasz najmłod­szy synek. Czekamy na rezo­nans. Jeśli i on jest chory, moje serce pęknie po raz trze­ci.

Ratunek dla Olgi znalazłam w Barcelonie. Muszę odd­ać swo­je dziecko w ręce najlep­szych spec­jal­istów z Insty­tu­tu Chiari. Zabieg prze­cię­cia nici koń­cowej rdzenia krę­gowego to jedyny sposób, by ratować życie mojej córecz­ki. Czas ma ogromne znacze­nie, gdyż obu­marłych komórek ner­wowych nie da się już „oży­wić”. Nie może­my czekać do takiego stanu zaawan­sowa­nia choro­by, jak u Mar­tyny, gdzie rdzenia praw­ie już nie ma. Są same jamy. Nie mogę patrzeć bezczyn­nie, jak choro­ba par­al­iżu­je ciało mojego dziec­ka, sadza na wózek i w końcu prowadzi do śmier­ci. Muszę ratować Olu­nię!

W Barcelonie musimy staw­ić się 30 sierp­nia. Pieniądze do klini­ki trze­ba prze­lać do 25. Jeżeli nie zdążę ter­az, kole­j­na szansa na oper­ację może pojaw­ić się o wiele za późno. Nie mogę ryzykować życia swo­jego dziec­ka, dlat­ego z całego ser­ca proszę Was o pomoc. Kiedy pomogliś­cie Mar­tynce, czułam wspar­cie, którego nie czułam nigdy wcześniej w swoim życiu. Na moich oczach dzi­ał się cud, którego autora­mi byli ludzie o dobrych ser­cach. Dziś znów sta­ję przed Wami jako mat­ka dziec­ka, którego życie jest śmiertel­nie zagrożone. Proszę o pomoc, bo bez niej nie zdołamy dotrzeć do Barcelony na czas…


Close Menu
Close Panel