Czas tylko do 14 lutego! Jeśli on umrze, moje serce umrze razem z nim!

Jeśli on umrze, moje serce umrze razem z nim. Bruno, mój ukochany, jedyny synek, jest bard­zo chory, tak jak słyszy się tylko w fil­mach. Lekarz, który potwierdz­ił wadę jego ser­ca, zaczął mówić o abor­cji. Nie poz­wolę ode­jść moje­mu synkowi bez wal­ki, bo prze­cież dzieci takie jak on żyją, doras­ta­ją, są wśród nas. LINK do zbiór­ki: https://www.siepomaga.pl/bruno-samborski

Reklama

Fot. siepomaga.pl

 

Świat młodej mat­ki to świat delikat­noś­ci, pastelowych barw i kip­iącego szczęś­cia. Każde forum, każ­da strona, sklep, gaze­ta – wszys­tko w atmos­ferze tajem­nic­zoś­ci i nad­chodzącego szczęś­cia. W świecie młodych matek nie ma miejs­ca na mat­ki takie jak ja, takie, które po nar­o­dz­i­nach swo­jego dziec­ka muszą przyglą­dać się dra­maty­cznej walce o życie maleńst­wa.

Reklama

Mój beztros­ki świat roz­padł się w 20 tygod­niu ciąży. Pani dok­tor nie widzi­ała lewej komory ser­ca. Powiedzi­ała, że prawą widać świet­nie, ale dziecku musi przyjrzeć się kar­di­olog. Wychodz­iłam z gabi­ne­tu, płacząc, bo prze­cież coś się skończyło, nie było już spoko­ju. Miałam zgłosić się do spec­jal­isty, miałam prze­jść dodatkowe bada­nia, bo u Bruna nie widać połowy ser­ca. Matce, która czeka na zdrowe dziecko, a taką byłam przez te kil­ka tygod­ni, trud­no sobie wyobraz­ić, jak może się czuć kobi­eta w takiej chwili. Musi­ałam zebrać swo­je rzeczy, wró­cić do domu i przetr­wać noc…

 

Płakałam niemal cały czas, bo pokochałam moje dziecko od dnia, w którym się o nim dowiedzi­ałam. Chroniłam je, dbałam o siebie, tak żeby Bruno miał jak najlep­szy start. Chwilę później stałam w zim­nym gabinecie, wbi­ja­jąc paznok­cie w dłonie i mod­liłam się, żeby wyrok nie był aż tak surowy. Jeśli może­cie wyobraz­ić sobie taką chwilę, to powiem Wam, że jest gorzej, o wiele gorzej. Człowiek chwyta się gestów, obser­wu­je szczegóły, minę lekarza, stara się wyczy­tać ze śladów. Potem przy­chodzi cios – w moim wypad­ku najsil­niejszy!

Nasz syn Bruno ma wadę ser­ca, tzw. HLHS – hypoplas­tic left heart syn­drom. Lekarz nie miał dla mnie litoś­ci, nie rozu­mi­ał, co czu­ję i o czym w tej chwili myślę. Nie intere­sowało go to, że płaczę i powiedzi­ał mi wprost, że życie z moim dzieck­iem będzie dla mnie kosz­marem, że nigdy nie zaz­nam spoko­ju i jeśli mam choć trochę rozsąd­ku, mam się zde­cy­dować na prz­er­wanie ciąży! Nigdy żadne słowa nie bolały mnie tak bard­zo, nigdy wcześniej nie doświad­czyłam bólu fizy­cznego po tym, co usłysza­łam… Miałam pod sercem najukochańszą istotę na świecie, która niczego nieświado­ma rośnie sobie bez­piecznie i przy­go­towu­je się na nasze spotkanie. Jak mogłam go skrzy­wdz­ić?

Pier­wszy raz poczułam wiel­ki przypływ siły, która kaza­ła mi spo­jrzeć lekar­zowi w oczy i z całą stanow­c­zoś­cią powiedzieć mu, że Bruno przyjdzie na świat, a ja zro­bię wszys­tko, by przeżył! W zami­an dostałam tylko roz­go­rycze­nie, kil­ka non­sza­lanc­kich, pełnych pog­a­rdy spo­jrzeń i skierowanie do innego spec­jal­isty. Tak trafiłam do Docen­ta, który dał mi trochę nadziei. Powiedzi­ał, że musimy czekać, że w tej fazie ciąży jeszcze wiele może się zmienić…

Byłam taka wdz­ięcz­na, że pier­wszy raz ktoś nie spisu­je mojego dziec­ka na straty. Lekarze później namaw­iali nas do czeka­nia, obser­wowa­nia roz­wo­ju dziec­ka, co dawało nam złud­ną nadzieję, że wada zmniejszy się lub cofnie. Ostat­nie bada­nia (w tym ECHO), było przeprowad­zone w 31 tygod­niu ciąży. Pani dok­tor powiedzi­ała, że do tej pory wada Bruna była cięż­ka – ter­az jest kry­ty­cz­na!

 

Mówiąc najproś­ciej, nasz synek urodzi się z niedoroz­wo­jem lewego ser­ca, czyli  z ser­duszkiem jed­noko­morowym. Restryk­cyjny otwór owal­ny oznacza, że jedyny otwór dają­cy szan­sę na zachowanie krąże­nia krwi wewnątrz ser­dusz­ka Bruna po nar­o­dze­niu, nie prze­puszcza zbyt dużo krwi. To kom­p­liku­je jego wadę jeszcze bardziej. Bez odpowied­niej pomo­cy i opie­ki moje maleńst­wo będzie bez szans. Znów płakałam, znów słowa bolały i znów wró­ciłam do domu w poczu­ciu bez­nadziei.

O pro­fe­sorze Mal­cu usłysza­łam już wcześniej, kiedy sama poma­gałam dzieciom do niego dotrzeć. Nie sądz­iłam, że przyjdzie mi go oso­biś­cie prosić o życie mojego syn­ka. Uni­w­er­sytec­ka Klini­ka w Mun­ster w Niem­czech to dla nas wiel­ka szansa, właś­ci­wie najwięk­sza w życiu. Za chwilę nas­tanie dzień, w którym urodzę bard­zo chore dziecko, które bard­zo moc­na kocham. Chcę, żeby byli przy nas wtedy najlep­si spec­jal­iś­ci. Tylko tyle mogę zro­bić dla mojego syn­ka. Myślę o tym, że przyjdzie ta godz­i­na, w której zabiorą mi go sprzed oczu i zacznie się najwięk­sza wal­ka na śmierć i życie.

Polscy lekarze zapro­ponowali poród przez cię­cie cesarskie w jed­nym z krakows­kich ośrod­ków, a następ­nie trans­port naszego syn­ka do innego ośrod­ka, gdzie miał­by oczeki­wać na zabieg. Rozu­miemy, że częs­to polscy lekarze bywa­ją bezsil­ni wobec sys­te­mu i pro­ce­dur. My jed­nak nie chce­my czekać. Chce­my także ograniczyć ilość pro­ce­dur medy­cznych i zabiegów do min­i­mum. Dlat­ego zro­bimy wszys­tko, by Bruno przyszedł na świat tam, skąd rodz­ice przy­wożą do domów dzieci, dla których nigdzie indziej nie było szan­sy.

Prosimy, pomóż­cie nam wierzyć w to, że nasze dziecko może przeżyć najtrud­niejszą próbę w swoim życiu. Jest taka miłość, wyczekana, wymod­lona, pięk­na. Taka, o której każdy z nas marzy. Taka miłość spotkała nas – jest nią nasz synek, które­mu Pro­fe­sor Malec może ura­tować życie. 14 lutego musimy staw­ić się w klin­ice, by przy­go­tować się do poro­du. 350 tys. zł to kwo­ta, jaką muszę zebrać, to cena za życie mojego dziec­ka, dlat­ego błagam Was o pomoc.
Pomóż­cie moje­mu synkowi przyjść na świat i żyć…


Close Menu
Close Panel